października 09, 2016

Kieszonkowe - dawać czy nie?

Czasem jedno słowo wywołuje lawinę rozmów. Tak się stało z kieszonkowym. Koleżanka przeczytała mój komentarz do wpisu, na lubianym przeze mnie blogu, blogojciec.pl -  i pyta, a ile daję kieszonkowego, od kiedy? Nie ma co się obruszać, pieniądze nie mogą być tu tematem tabu - rozmawiajmy ze sobą, konsultujmy...  Ale, ale... zanim przejdziesz do tego etapu, zadaj sobie jedno pytanie wcześniej 

Czy w ogóle chcesz dawać dziecku kieszonkowe? Dlaczego?


Kwestia kieszonkowego sprowadziła się u mnie do pytania - jak pogodzić to, że najlepiej gospodarowania pieniędzmi można się nauczyć przez doświadczenie, z tym żeby nie przyzwyczajać dzieci, że dostają pieniądze za nic albo ze liczą jedynie na rodziców.

Zacznijmy od dwóch skrajnych podejść. 
1. Dziecko, dopóki jest dzieckiem zależnym od naszej pomocy, powinno mieć wszystkie potrzeby zaspokojone przez rodziców. Czy to oznacza, że temat pieniędzy w rozmowach z dziećmi ma się w ogóle nie pojawić?
2. Możemy też wyjść z założenia ze skoro zaspokajam wszystkie potrzeby, a jedną z nich jest potrzeba posiadania własnych niezależnych pieniędzy, to ja te pieniądze daje. I tak już jest, że od pewnego wieku dziecko dysponuje jakąś kwotą.

Nie jestem ani do pierwszego, ani do drugiego poglądu przekonana. Stosuję więc wyjście pośrednie, ale zanim doszłam do momentu w którym dzieć ma pieniądz w ręku, to trochę pracy nad tematem było.

Co to w ogóle są pieniądze?


O pieniądzach zaczynałam rozmawiać z dwulatkami. W tym wieku można już dziecku pokazać, że w sklepie się płaci, żeby coś otrzymać. I w sklepie tylko to zadziała, nie mogę dać w zamian na przykład kwiatka czy kamyków.

Owszem, można pieniądze wyciągnąć "ze ściany", można dać plastikową kartę, można też zrobić "tap, tap" w komputerze. To wszystko są pieniądze, ale był to etap, kiedy z trudem, ale rezygnowałam w wielu przypadkach z płacenia kartą i pilnowałam, żeby mieć gotówkę. Płacenie kartą jest bardzo abstrakcyjne. Powiedzmy, że może siedmiolatek zaczyna jakoś pojmować sens tej operacji. 

Stopniowo pokazywałam, że różne pieniądze mają różną wartość.
Zrobiliśmy nawet taką książeczkę ze starego albumu na zdjęcia - narysowałam pewne produkty - np. soczek w kartoniku, kajzerkę, lody, banana i włożyłam w koszulki odpowiednie monety. Oglądaliśmy i rozmawialiśmy, że za taką rzecz trzeba zapłacić tyle a za taką tyle. Przecież małe dzieci nie potrafią jeszcze dodawać, odejmować, a i z liczeniem powyżej trzech jest często problem. Dlatego obrazowałam te wydatki.

Skąd się biorą ...pieniądze?

Potem zaczęły się opowieści skąd się biorą pieniądze, dlaczego na coś je wydajemy, a na coś nie.

Tu najfajniejsze wyszło tłumaczenie w wannie. Bawiliśmy się, że idę do pracy i na koniec miesiąca dostaję pieniądze. Szłam i wracałam z konewką pełną wody. Część tej wody wylewałam od razu do umywalki - to były pieniądze, które oddajemy państwu - idą na szkoły, na policję, na szpital.
Trochę tej wody wlewałam do kubeczka to były oszczędności, a resztę wody wylewałam po trochu do wanny tłumacząc na co leję, na gumowy domek - to były wydatki na mieszkanie, do plastikowego garnka - to było na jedzenie, do innego kubeczka - to np. na lekarstwa, itd. itp. I potem przychodził kolejny miesiąc i kolejny. Widać było, że w kubeczku oszczędności wody przybywa, a w wannie, no cóż... nie było widać różnicy.
I co najważniejsze - woda w konewce w pewnym momencie się kończyła. Czyli to jest ograniczony zasób. To dlatego nie możemy ciągle/zawsze/wszystkiego kupować.

Odmawiam dzieciom, ale mówię też o tym, czego odmawiam sobie. Mówię, że o czymś marzę, ale muszę na to zaoszczędzić. Tłumaczę promocje, pokazuję ceny. Jeśli widzimy reklamy, to je analizujemy - czy ta zabawka faktycznie sama mówi i chodzi, czy ten jogurt faktycznie jest taki zdrowy...
 

Kieszonkowe


Temat przeważnie pojawia się w szkole, bo ktoś dostaje, bo w szkole jest sklepik albo przy okazji wycieczek czy obozów. Wcześniej raczej nie, bo czy przedszkolakom potrzebne są własne pieniądze? Raczej nie - same do sklepu nie chodzą, a wszystkie ich potrzeby są zaspokajane przez rodziców. Oczywiście pozostają zachcianki, kto z nas ich nie ma ;) Łatwiej jest powiedzieć: "Nie, nie kupię ci tego, ale możesz sobie kupić ze swojej skarbonki." No ale przecież coś w tej skarbonce musi być...

Realnie, pieniądze w ręku przydają się więc dzieciom, które chodzą do szkoły i uwaga - które potrafią już liczyć. Jednak czy chcemy dać grosz do ręki po to, żeby rozszedł się na przykład na słodycze? I druga sprawa, czy warto od małego przyzwyczajać dzieci do tego, że dostają pieniądze za nic? 

Można zacząć, już od takiego nawet 4-5 latka, a tak było u nas, od uznaniowych wrzutek do skarbonki. A to moneta z wózka sklepowego, a to jakaś kasa od dziadków, a to jakieś wrzutki typu 5 złotych. Tak to się po trochu składało.
Czy to, że pieniądze do skarbonki wpadają według mojego uznania, jest fair?
Tak, ponieważ to jest coś extra, coś dodatkowego i niezależnego. Dzieci mają zaspokojone wszystkie potrzeby i nie muszą same na nic wydawać. Ale chcą, a ja uznaję, że dzięki temu mogą się czegoś nauczyć. Same wrzutki były jednakowe dla obojga rodzeństwa.


Większy eksperyment z kasą nastąpił w te wakacje. Jeśli dziecko jedzie na jakiś obóz czy kolonie, to przeważnie bierze ze sobą pieniądze na swoje wydatki. Oczywiście lepiej najpierw porozmawiać o tym jaką kwotę będzie miało do dyspozycji. Ile powinno wydawać dziennie, aby starczyło do końca pobytu. Tylko wiecie, możemy zrobić długą przemowę, ale jeśli wcześniej nie zaczęliśmy tematu, nie pokazywaliśmy dziecku, że też byśmy coś chcieli kupić, ale sobie odmawiamy, to taka jednorazowa przemowa i tak nic nie da ;) dziecko postąpi po swojemu.

Jeśli na taki obóz nie jedzie, to wakacje i tak są dobrym pretekstem. Więcej wolnego czasu, więcej pokus. Jadąc do miejscowości turystycznej łatwo możemy się wpędzić w koszmar "mamo, a dasz 2zł na grę/kulkę/automat cokolwiek..." i tak, żeby w kółko nie tłumaczyć, że 2zł x5 to już będzie 10, i że to badziew i że szkoda... żeby nie narażać siebie i dziecka na nerwy to... ustaliliśmy, że będzie takie wakacyjne 5zł na tydzień. I mogą sobie wydać na co chcą, ale ja już nie kupuję wtedy żadnych kulek bzdurek. Dlaczego 5zł - otóż taka dwutygodniowa wypłata wystarczyła na gazetkę albo jak się rodzeństwo złożyło, to mieli od razu. Wystarczyło na dwie gry w cymbergaja, a jak postanowili przepuścić kasę obydwojga to aż na 5 ;)



Oszczędzanie 

 

Mamy już coś w skarbonce, więc teraz czas przejść do tego, jak tego nie wydać.

Ponieważ przepuszczanie pieniędzy idzie przeważnie bardzo dobrze, zaś tak wygodny argument - "kup sobie ze skarbonki" traci sens, gdy skarbonka pusta, więc wprowadziliśmy "bonus za niewydawanie". Jeśli ktoś w danym tygodniu nie wydał nic, to na koniec tygodnia dostawał jeszcze 2zł, a w ostatnim tygodniu miesiąca - 5zł.

Po wakacjach eksperyment kieszonkowy został zawieszony, kasa znów wpływa uznaniowo. Jednak premia za niewydawanie została. Teraz naprawdę opłaca się nie wydawać. 

Taka nauka jest jedyną możliwością tak naprawdę, żeby sprawdzić, jak to jest mieć pieniądze, a jak to jest wydać. No i zostały wydane, a rzecz po jakimś czasie okazała się wcale nie taka super...i żal był... i płacz. Jedynie jednak przez konsekwencje naszych własnych decyzji możemy się tego nauczyć, a zdecydowanie lepiej jeśli ta nauka przychodzi wcześniej i zależy od wydatku rzędu 10zł.

Dzięki temu doświadczeniu łatwiej było wprowadzić zasadę - że przejdziemy się/prześpimy z pomysłem na zakupy. No i okazywało się, że jednak impuls mijał i rzecz wcale nie była tak pożądana. A było tak, że i przez tydzień były rozmyślania, a na koniec zakup nastąpił.

Żeby łatwiej było zapanować nad posiadanymi środkami przenieśliśmy pieniądze ze skarbonek do słoików. Każdy ma dwa słoiki + jeden wspólny. Te dwa - to posiadane środki, którymi można dowolnie dysponować, a drugi to oszczędności - pieniędzy tam wrzuconych nie można wydać, aż do osiągnięcia wyznaczonego celu. Jak wyszło w praniu - cel się zmieniał, bo też okazywało się, że upragniona rzecz, wcale już taka pożądana nie była.

Mamy, oszczędzamy, dzielimy się?

Pisałam, że jest trzeci słoik. To słoik "pomagamy innym", ten słoik jest wspólny dla wszystkich. Nikt nie wnika, kto, kiedy, ile dał. Każdy sam decyduje, czy chce się podzielić tym, co ma. W tym punkcie znowu najpierw trzeba by pokazać szerszy obraz - to, że pomagamy jest konsekwencją tego, że ktoś potrzebuje pomocy. To rozmowy o tym, co na świecie, o wojnach, głodzie, klęskach, o tym co może spotkać każdego - o chorobach, wypadkach. U nas w przedszkolu była akcja pomocy jednemu z dzieci, w szkole podobno - to było bliskie i rzeczywiste. Przygotowywaliśmy szlachetną paczkę, zbieraliśmy rzeczy dla domu dziecka. Nadchodzące Święta to zawsze pretekst do tego typu akcji - wtedy możemy skorzystać i sięgnąć po zawartość trzeciego słoika.



Zarabianie? Jak zdobyć pieniądze?


Jeśli nie ma regularnego kieszonkowego, to jak jeszcze dzieci mogą zdobyć pieniądze do słoika? Nie jestem zwolenniczką i zdecydowanie odradzam płacenie za czynności domowe - sprzątanie, wynoszenie śmieci itd itp - przecież nikt tego nie lubi, ale wykonujemy je dlatego, że są niezbędnego dla naszego funkcjonowania, to nasz wspólny dom i wszyscy o niego dbamy. Płacenie za oceny - też nie, zdecydowanie - uczysz się, żeby poznawać świat, to cię rozwija, a jeśli motywacja będzie tylko zewnętrza, to w końcu dojdzie do tego, że dziecko uczyć się będzie tylko dla pieniędzy, a to będzie rodzić frustrację. Albo zacznie kalkulować - łatwiej się nauczyć na historię, to dostanie 5, a na coś trudnego to nie warto, bo i tak będzie max. 3... albo lepiej wynieść śmieci niż się pouczyć... nieee, zdecydowanie nie... zresztą, teraz odchodzi się od ocen 1-6 na rzecz oceny kształtującej ;)

6 czy 7 latki są już w stanie coś stworzyć, coś co można kupić - np. gazetę, uwielbiam te gazetki - wychodzą co tydzień, ale nie zawsze się udaje... To jest też dobry czas, żeby pokazywać, że niektórych rzeczy można się pozbyć i dostać za to pieniądze. Najlepszą okazją są lokalne pchle targi, czy kiermasze, jeśli takich imprez nie macie, to zawsze pozostaje serwis aukcyjny.

Zdecydowanie odradzam dawanie zaliczek, czyli pieniędzy, które w przyszłości wpłynęłyby do skarbonki. To wprowadza chaos i w dodatku całkowicie mija się z ideą oszczędzania, nie uczmy od razu, że jak chcesz coś, to weź kredyt. 

Podsumowując, jak wygląda kwestia kieszonkowego u nas:


1. kwoty dorzucane dowolnie do słoika
2. podział na 3 słoiki - bieżący, oszczędnościowy, pomaganie
3. cotygodniowy bonus za niewydawanie
4. przy impulsach - odłożenie zakupu w czasie
5. rozmawianie o wcześniejszych doświadczeniach
6. możliwość zarobienia - sprzedawanie niepotrzebnych rzeczy, wydawanie gazetek

Bo wiecie... tak łatwo jest dać piątaka, tak łatwo jest wzniecić gwałtowny entuzjazm z powodu upragnionego kieszonkowego, to takie świetnie uczucie, kiedy dostajemy po prostu +10 do fajności i stajemy się zajebistymi rodzicami. Jak łatwo jednak stracić możemy kontrolę nad pieniędzmi w rękach dziecka, jak łatwo możemy w nim rozbudzić postawę roszczeniową, jak łatwo wzbudzić oczekiwania, które zaczną eskalować. Dlatego ten piątak tygodniowo jest taki fundamentalny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 mama wymysla , Blogger